18 lutego 2020

Podaruj mi trochę słońca, czyli Nicea dobra na styczeń


Do Francji zdarzyło mi się pojechać dwa razy: pierwszy raz (w 2010 roku) w czasie podróży do Hiszpanii z chórem zahaczyłyśmy o Paryż, a drugi raz (2014 lub 2015) podczas innego chóralnego wyjazdu, gdzie również zatrzymałyśmy się na jeden dzień w Paryżu. Dlatego byłam dosyć podekscytowana perspektywą kolejnego wyjazdu do Francji, tym razem na południe, nad Lazurowe Wybrzeże. Lubię Normandię, klify i morze, ale w styczniu najbardziej tęsknię za słońcem!

Wcześniej Nicea kojarzyła mi się tylko z podpisanym tam traktatem nicejskim, jednym z kilku zapamiętanych z lekcji WOS-u w szkole. Myślałam, że do tego wyjazdu uda mi się porządniej przygotować, niż bywało to wcześniej: że przeczytam kilka ciekawych artykułów (w sumie przeczytałam tylko jeden), może wypożyczę książkę na ten temat, spróbuję znaleźć jakieś fajne miejscówki. Niestety, przed samym wyjazdem pracowałam, więc nawet spakowanie walizki odłożylam na wieczór przed wylotem. Pozwolilo mi to jednak pojechać do Nicei z czystą głową, otwartą na nieznane! Nie mialam po prostu żadnych oczekiwań.

Pozwolilam sobie przygotować coś w rodzaju listy, ale nie takiej typowej z listą miejsc do zobaczenia, którą z łatwością możecie znaleźć na innych blogach i stronach. A więc oto lista rzeczy, które mnie zachwyciły, a których się nie spodziewałam:

1. Architektura


Pierwsze, co rzuca się w oczy. Wysokie budynki z kolorowymi okiennicami, a gdy któraś z kamienic wyróżnia się kolorem, to wszystko jest do siebie dopasowane. Dominuje styl art deco, ale nie brakuje budynków z okresu belle epoque. Art deco koncentrował się na zgeometryzowaniu i pokazaniu piękna przedmiotów codziennego użytku. Tak jak w kamienicy na zdjęciu powyżej i poniżej.

 

Pięknymi przykładami architektury stylu belle epoque są hotele wybudowane wzdłuż Promenady Anglików, którą pokażę w punkcie drugim!



Najbardziej urzekające w starszych kamienicach z lat 20-tych były windy. Nie zrobiłam zdjęcia, ale jeśli oglądaliście film "Jak zostać królem", to scena, w której żona króla idzie na spotkanie z doktorem i wchodzi do windy, czekając aż ktoś zamknie drzwiczki.. to właśnie taka winda. A obok w kamienicy było osobne wejście dla służby, którzy mieli swoje kwatery na samym szczycie budynku, a każde z mieszkań miało osobne dla nich wejście z klatki schodowej. Już sobie wyobrażałam, jak po dniu pracy każdy z nich wraca na samą górę...i plotkuje o każdym z domostw.

2. Promenada Anglików


Jest to 7-kilometrowa trasa ciągnąca się wzdłuż linii brzegowej. Angielscy arystokraci uwielbiali przyjeżdżać tu w celach zdrowotnych już w XVIII wieku (szczególnie królowa Wiktoria) i to właśnie oni postanowili przekształcić to miejsce w idealne do spacerowania. Podczas pobytu w Nicei skorzystaliśmy z transportu miejskiego 4 razy: 2 razy, żeby dojechać tramwajem z i do lotniska, a kolejne dwa, gdy wybraliśmy się pociągiem do Antibes, miasta obok. Tym sposobem codziennie pokonywaliśmy około 16 tysięcy kroków dziennie! A jest na co popatrzeć!

Co mnie zaskoczyło? Ilu tam jest biegaczy, rolkarzy, rowerzystów i zwykłych spacerowiczów! Ostatniego dnia udało mi się dotrzeć na wschód słońca i już przed godziną 8 rano w poniedziałek całkiem sporo ludzi (jak na styczeń) korzystało z dobrodziejstwa infrastruktury i rozpoczynało dzień na sportowo.


Co jakiś czas można skorzystać z zejścia na plażę, a każda z nich ma swoją nazwę. Zauważyłam też z dwie czy trzy restauracje/kawiarnie, które rozkładały stoliki i krzesła na plaży. A plaża nie jest piaszczysta, żeby nikogo to nie zdziwiło ;) ale warto się przespacerować. Uwielbiam wodę, uwielbiam pływać, ale styczeń to nie jest jeszcze dobry czas na to, a morsem nie jestem ;-)


Można również po prostu usiąść i rozkoszować się widokiem na Lazurowe Wybrzeże. A czemu by nie. My tak zrobiliśmy ostatniego dnia przed wylotem, gdy słoneczko pięknie przygrzało. A w tle, dokładnie nad horyzontem można podziwiać lądujące samoloty.



3. Stare miasto (Vieux Nice)


Pierwszym moim skojarzeniem starego miasta w Nicei był styl toskańskich miast: Sieny i Florencji,w których spędziłam bardzo dużo czasu 2 lata temu. Porównując poprzednie zdjęcia, możecie dostrzec różnice pomiędzy architekturą starego miasta a architekturą art deco i belle epoque. Najważniejsze cechy? Zdecydowanie wąskie uliczki i krzykliwe kolory budynków. No i tętniące życiem restauracje, knajpki i sklepy oferujące wiele lokalnych wyrobów.





4. Jedzenie


A co do jedzenia? Najczęściej pojawiają się restauracje słynące z owoców morza: langusty, krewetek, ślimaków, homarów... i takich, których nazw po prostu nie pamiętam.

Dwa lata temu we Włoszech odkryłam, że mam małą fobię przed owocami morza, które mają oczy i na mnie patrzą (haha). Znajomi zamówili jedzenie i przed nimi pojawił się głęboki talerz z makaronem i wielkim homarem na środku, a ja nie byłam w stanie się poruszyć. Nie byłam w stanie na to patrzeć i znieść tego zapachu. Teraz jest inaczej, bo stopniowo jestem z tym oswajana. Tymczasem w Nicei nawet polubiłam się z krewetkami i langustą ;) cały dzień psychicznie przygotowywałam się na taką kolację, więc nie byłam zaskoczona i nauczylam się jeść owoce morza we właściwy sposób. Trochę brutalny ;-)

Spróbowaliśmy także słynnych Crepes (francuskie naleśniki) oraz kilka dań z kuchni francuskiej - na zdjęciu powyżej Croque Monsier, czyli zapiekany chleb z serem, gotowaną szynką i dużą ilością beszamelu, poniżej: włoskie gelato o 22 (naliczyłam chyba z 7 różnych miejsc!), cielęcina z ziemniakami i pastą ze szpinaku i grzybów, beza z owocami w środku i crepes. Miałam również okazje zjeść pierwsze francuskie fois grois w życiu (ostatnie zdjęcie).

Najlepsze miejsca są zawsze poukrywane - dobrze zrobić mały research wcześniej, bo przekonaliśmy się, że knajpki na popularnych deptakach i ulicach są typowo turystyczne - jeśli jesteście głodni, są wystarczające, a jeśli szukacie czegoś ponadprzeciętnego, to to nie będzie to.





5. Antibes


Antibes założono w V lub VI wieku p.n.e. - obecnie jeden z najdroższych kurortów na Lazurowym Wybrzeżu, podobnie jak Nicea zyskało popularność dzięki wypoczywającej tu arystrokracji. Zdjęcie zrobiłam w tak zwanym "porcie miliarderów", ponieważ wartość i wielkość cumujących tam jachtów jest niemal najwyższa w całym basenie Morza Śródziemnego! Nad portem góruje Fort Carre.

Do Antibes pojechaliśmy pociągiem z głównej stacji w Nicei - zajęło nam to około 15 minut. Pociągi zupełnie inne niż w Polsce czy Anglii - wydawały mi się o wiele szersze. I piętrowe. Co ciekawe, w Nicei są bramki, przez które trzeba skasować bilet ale bilet ten nie jest skasowany.. trzeba go osobno odbić przed przejściem przez bramki! Ostrzeżenie dla tych, którzy nie wiedzieli jak my ;-) Ogólnie komunikacja miejska jest bardzo rozwinięta - są autobusy i tramwaje, ale jak pisałam wcześniej, głównie poruszaliśmy się pieszo.


W Antibes spacerowaliśmy, zjedliśmy lunch i wybraliśmy się do Muzeum Pablo Picasso, który właśnie tam tworzył swoje dzieła (i tam je również zostawił). Byłam bardzo podekscytowana możliwością zobaczenia jego prac na żywo - dotychczas widziałam je tylko w książkach od plastyki. Jeśli macie chwilę czasu - nie wahajcie się. Za muzeum znajduje się również przepiękny taras z widokiem na wybrzeże, na którym popstrykaliśmy parę udanych zdjęć. Pogoda nam tego dnia dopisała, a kolor wody za wokół robił niesamowite wrażenie!






6. Targowiska


Od owoców i warzyw po domowy nugat, oliwę i mydełka. W innej części miasta codziennie odbywa się targ rybny (i nikomu zapach ryb w centrum nie przeszkadza!). Południe Francji słynie z takich wyrobów, jak oliwa, ocet, oleje, mydła, domowe przetwory (dżemy, miody, kosmetyki) i... placki z ciecierzycy! Wspominałam, że wcześniejsze crepes były gluen free, więc obstawiam, że właśnie z mąki z ciecierzycy?


Z kosmetyków kupiłam sobie krem do twarzy i ciała na bazie lokalnej oliwy z oliwek w jednym z małych sklepików, polecam również sklepy z ubraniami (pod koniec stycznia można dorwać parę letnich rzeczy w niższych cenach), dla fanów galerii handlowych znajdzie się Galeria Lafayette. Dla fanów starszych rzeczy z historią idealny będzie pchli targ odbywający się w poniedziałki. Od starej porcelany, srebra, po meble, ubrania, torebki Louis Vuitton, biżuterię, pocztowki, zabawki. Znaleźć można absolutnie wszystko.


Nie pamiętam, co sobie wyobrażałam wcześniej na temat Nicei. Prawdopodobnie nie byłam nawet pewna, gdzie leży, bo nigdy nie interesowała mnie tamta część Francji. Ten wyjazd sprawił, że chciałabym poznać i dowiedzieć się więcej - szczególnie o wpływie kultury antycznej, gdy Nicea byłą kolonią grecką i jej początkach, wartości jako ważnego portu. Może właśnie od tego powinnam zacząć? Ale chciałam przede wszystkim podzielić się z Wami swoimi wrażeniami i odczuciami - bo w podróży chyba właśnie o to chodzi? Nie tylko coś zobaczyć, ale i poczuć. Przeżyć ;-)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 myśli nabazgrane , Blogger