18 lutego 2020

Podaruj mi trochę słońca, czyli Nicea dobra na styczeń

Podaruj mi trochę słońca, czyli Nicea dobra na styczeń

Do Francji zdarzyło mi się pojechać dwa razy: pierwszy raz (w 2010 roku) w czasie podróży do Hiszpanii z chórem zahaczyłyśmy o Paryż, a drugi raz (2014 lub 2015) podczas innego chóralnego wyjazdu, gdzie również zatrzymałyśmy się na jeden dzień w Paryżu. Dlatego byłam dosyć podekscytowana perspektywą kolejnego wyjazdu do Francji, tym razem na południe, nad Lazurowe Wybrzeże. Lubię Normandię, klify i morze, ale w styczniu najbardziej tęsknię za słońcem!

Wcześniej Nicea kojarzyła mi się tylko z podpisanym tam traktatem nicejskim, jednym z kilku zapamiętanych z lekcji WOS-u w szkole. Myślałam, że do tego wyjazdu uda mi się porządniej przygotować, niż bywało to wcześniej: że przeczytam kilka ciekawych artykułów (w sumie przeczytałam tylko jeden), może wypożyczę książkę na ten temat, spróbuję znaleźć jakieś fajne miejscówki. Niestety, przed samym wyjazdem pracowałam, więc nawet spakowanie walizki odłożylam na wieczór przed wylotem. Pozwolilo mi to jednak pojechać do Nicei z czystą głową, otwartą na nieznane! Nie mialam po prostu żadnych oczekiwań.

Pozwolilam sobie przygotować coś w rodzaju listy, ale nie takiej typowej z listą miejsc do zobaczenia, którą z łatwością możecie znaleźć na innych blogach i stronach. A więc oto lista rzeczy, które mnie zachwyciły, a których się nie spodziewałam:

1. Architektura


Pierwsze, co rzuca się w oczy. Wysokie budynki z kolorowymi okiennicami, a gdy któraś z kamienic wyróżnia się kolorem, to wszystko jest do siebie dopasowane. Dominuje styl art deco, ale nie brakuje budynków z okresu belle epoque. Art deco koncentrował się na zgeometryzowaniu i pokazaniu piękna przedmiotów codziennego użytku. Tak jak w kamienicy na zdjęciu powyżej i poniżej.

 

Pięknymi przykładami architektury stylu belle epoque są hotele wybudowane wzdłuż Promenady Anglików, którą pokażę w punkcie drugim!



Najbardziej urzekające w starszych kamienicach z lat 20-tych były windy. Nie zrobiłam zdjęcia, ale jeśli oglądaliście film "Jak zostać królem", to scena, w której żona króla idzie na spotkanie z doktorem i wchodzi do windy, czekając aż ktoś zamknie drzwiczki.. to właśnie taka winda. A obok w kamienicy było osobne wejście dla służby, którzy mieli swoje kwatery na samym szczycie budynku, a każde z mieszkań miało osobne dla nich wejście z klatki schodowej. Już sobie wyobrażałam, jak po dniu pracy każdy z nich wraca na samą górę...i plotkuje o każdym z domostw.

2. Promenada Anglików


Jest to 7-kilometrowa trasa ciągnąca się wzdłuż linii brzegowej. Angielscy arystokraci uwielbiali przyjeżdżać tu w celach zdrowotnych już w XVIII wieku (szczególnie królowa Wiktoria) i to właśnie oni postanowili przekształcić to miejsce w idealne do spacerowania. Podczas pobytu w Nicei skorzystaliśmy z transportu miejskiego 4 razy: 2 razy, żeby dojechać tramwajem z i do lotniska, a kolejne dwa, gdy wybraliśmy się pociągiem do Antibes, miasta obok. Tym sposobem codziennie pokonywaliśmy około 16 tysięcy kroków dziennie! A jest na co popatrzeć!

Co mnie zaskoczyło? Ilu tam jest biegaczy, rolkarzy, rowerzystów i zwykłych spacerowiczów! Ostatniego dnia udało mi się dotrzeć na wschód słońca i już przed godziną 8 rano w poniedziałek całkiem sporo ludzi (jak na styczeń) korzystało z dobrodziejstwa infrastruktury i rozpoczynało dzień na sportowo.


Co jakiś czas można skorzystać z zejścia na plażę, a każda z nich ma swoją nazwę. Zauważyłam też z dwie czy trzy restauracje/kawiarnie, które rozkładały stoliki i krzesła na plaży. A plaża nie jest piaszczysta, żeby nikogo to nie zdziwiło ;) ale warto się przespacerować. Uwielbiam wodę, uwielbiam pływać, ale styczeń to nie jest jeszcze dobry czas na to, a morsem nie jestem ;-)


Można również po prostu usiąść i rozkoszować się widokiem na Lazurowe Wybrzeże. A czemu by nie. My tak zrobiliśmy ostatniego dnia przed wylotem, gdy słoneczko pięknie przygrzało. A w tle, dokładnie nad horyzontem można podziwiać lądujące samoloty.



3. Stare miasto (Vieux Nice)


Pierwszym moim skojarzeniem starego miasta w Nicei był styl toskańskich miast: Sieny i Florencji,w których spędziłam bardzo dużo czasu 2 lata temu. Porównując poprzednie zdjęcia, możecie dostrzec różnice pomiędzy architekturą starego miasta a architekturą art deco i belle epoque. Najważniejsze cechy? Zdecydowanie wąskie uliczki i krzykliwe kolory budynków. No i tętniące życiem restauracje, knajpki i sklepy oferujące wiele lokalnych wyrobów.





4. Jedzenie


A co do jedzenia? Najczęściej pojawiają się restauracje słynące z owoców morza: langusty, krewetek, ślimaków, homarów... i takich, których nazw po prostu nie pamiętam.

Dwa lata temu we Włoszech odkryłam, że mam małą fobię przed owocami morza, które mają oczy i na mnie patrzą (haha). Znajomi zamówili jedzenie i przed nimi pojawił się głęboki talerz z makaronem i wielkim homarem na środku, a ja nie byłam w stanie się poruszyć. Nie byłam w stanie na to patrzeć i znieść tego zapachu. Teraz jest inaczej, bo stopniowo jestem z tym oswajana. Tymczasem w Nicei nawet polubiłam się z krewetkami i langustą ;) cały dzień psychicznie przygotowywałam się na taką kolację, więc nie byłam zaskoczona i nauczylam się jeść owoce morza we właściwy sposób. Trochę brutalny ;-)

Spróbowaliśmy także słynnych Crepes (francuskie naleśniki) oraz kilka dań z kuchni francuskiej - na zdjęciu powyżej Croque Monsier, czyli zapiekany chleb z serem, gotowaną szynką i dużą ilością beszamelu, poniżej: włoskie gelato o 22 (naliczyłam chyba z 7 różnych miejsc!), cielęcina z ziemniakami i pastą ze szpinaku i grzybów, beza z owocami w środku i crepes. Miałam również okazje zjeść pierwsze francuskie fois grois w życiu (ostatnie zdjęcie).

Najlepsze miejsca są zawsze poukrywane - dobrze zrobić mały research wcześniej, bo przekonaliśmy się, że knajpki na popularnych deptakach i ulicach są typowo turystyczne - jeśli jesteście głodni, są wystarczające, a jeśli szukacie czegoś ponadprzeciętnego, to to nie będzie to.





5. Antibes


Antibes założono w V lub VI wieku p.n.e. - obecnie jeden z najdroższych kurortów na Lazurowym Wybrzeżu, podobnie jak Nicea zyskało popularność dzięki wypoczywającej tu arystrokracji. Zdjęcie zrobiłam w tak zwanym "porcie miliarderów", ponieważ wartość i wielkość cumujących tam jachtów jest niemal najwyższa w całym basenie Morza Śródziemnego! Nad portem góruje Fort Carre.

Do Antibes pojechaliśmy pociągiem z głównej stacji w Nicei - zajęło nam to około 15 minut. Pociągi zupełnie inne niż w Polsce czy Anglii - wydawały mi się o wiele szersze. I piętrowe. Co ciekawe, w Nicei są bramki, przez które trzeba skasować bilet ale bilet ten nie jest skasowany.. trzeba go osobno odbić przed przejściem przez bramki! Ostrzeżenie dla tych, którzy nie wiedzieli jak my ;-) Ogólnie komunikacja miejska jest bardzo rozwinięta - są autobusy i tramwaje, ale jak pisałam wcześniej, głównie poruszaliśmy się pieszo.


W Antibes spacerowaliśmy, zjedliśmy lunch i wybraliśmy się do Muzeum Pablo Picasso, który właśnie tam tworzył swoje dzieła (i tam je również zostawił). Byłam bardzo podekscytowana możliwością zobaczenia jego prac na żywo - dotychczas widziałam je tylko w książkach od plastyki. Jeśli macie chwilę czasu - nie wahajcie się. Za muzeum znajduje się również przepiękny taras z widokiem na wybrzeże, na którym popstrykaliśmy parę udanych zdjęć. Pogoda nam tego dnia dopisała, a kolor wody za wokół robił niesamowite wrażenie!






6. Targowiska


Od owoców i warzyw po domowy nugat, oliwę i mydełka. W innej części miasta codziennie odbywa się targ rybny (i nikomu zapach ryb w centrum nie przeszkadza!). Południe Francji słynie z takich wyrobów, jak oliwa, ocet, oleje, mydła, domowe przetwory (dżemy, miody, kosmetyki) i... placki z ciecierzycy! Wspominałam, że wcześniejsze crepes były gluen free, więc obstawiam, że właśnie z mąki z ciecierzycy?


Z kosmetyków kupiłam sobie krem do twarzy i ciała na bazie lokalnej oliwy z oliwek w jednym z małych sklepików, polecam również sklepy z ubraniami (pod koniec stycznia można dorwać parę letnich rzeczy w niższych cenach), dla fanów galerii handlowych znajdzie się Galeria Lafayette. Dla fanów starszych rzeczy z historią idealny będzie pchli targ odbywający się w poniedziałki. Od starej porcelany, srebra, po meble, ubrania, torebki Louis Vuitton, biżuterię, pocztowki, zabawki. Znaleźć można absolutnie wszystko.


Nie pamiętam, co sobie wyobrażałam wcześniej na temat Nicei. Prawdopodobnie nie byłam nawet pewna, gdzie leży, bo nigdy nie interesowała mnie tamta część Francji. Ten wyjazd sprawił, że chciałabym poznać i dowiedzieć się więcej - szczególnie o wpływie kultury antycznej, gdy Nicea byłą kolonią grecką i jej początkach, wartości jako ważnego portu. Może właśnie od tego powinnam zacząć? Ale chciałam przede wszystkim podzielić się z Wami swoimi wrażeniami i odczuciami - bo w podróży chyba właśnie o to chodzi? Nie tylko coś zobaczyć, ale i poczuć. Przeżyć ;-)


26 stycznia 2020

Galette de Rois, czyli jak zostałam Królową

Galette de Rois, czyli jak zostałam Królową


Cześć i czołem w nowym roku! Okazjonalnie pojawia się tutaj nowy wpis... inny niż reszta moich potworków, a mianowicie:

Galette de Rois.
Znacie? Kojarzycie? Raczej nie. Ja też nie kojarzyłam.
Brzmi trochę zagranicznie, nieprawdaż?

W języku francuskim oznacza "ciasto królów" (lub placek, jak wolicie). Dlaczego królów? - zapytacie. A dlatego, że Francuzi zajadają się nim 6 stycznia (ale są łakomczuchy, które sięgają po nie kilka razy w roku ;)).

Każdy z Was z pewnością pielęgnuje sporo świątecznych tradycji i zwyczajów, nie tylko tych w okresie świąt Bożego Narodzenia. Czy to sianko pod obrus, pierwsza gwiazdka przed wigilią, wypastowane buty przed nocą z 5 na 6 grudnia czy rogale świętomarcińskie na 11 listopada... Możnaby tak wymieniać i wymieniać. Nową tradycję poznałam w sumie dzięki rodzinie mojego chłopaka, którzy wprowadzili to do swojego domu już ładnych parę lat temu.

Francuzi święto Objawienia Pańskiego, czyli Trzech Króli obchodzą trochę inaczej niż w Polsce - oni dzielą się specjalnie przygotowywanym na tę okazję ciastem. Ciastem francuskim z migdałowym nadzieniem zwanym frangipane.

Ciasto jest banalnie proste. Podam Wam naprawdę szybki przepis, który wykonaliśmy w domu:

Składnik na ciasto:
- 500g ciasta francuskiego (my po prostu kupiliśmy, ale kiedyś skuszę się na własnoręcznie przygotowane)
- 1 żóltko jajka wymieszane z wodą (do posmarowania)

Masa:
- 75g miękkiego masła
- 75g zmielonych migdałów
- 75g cukru pudru
- 1 jajko

Ciasto rozwałkować na dwie części i wykroić z nich dwa okrągłe placki: jeden o średnicy powiedzmy 22 cm, a drugi 20. Mogą być też tej samej wielkości. Byle średnica nie była mniejsza niż 20cm :) z ciasta zostają skrawki, które można zamrozić i wykorzystać do czegoś innego.

Masło wymieszać szpatułką na gładką masę, dodać cukier puder, następnie masę migdałową a na końcu jajko. Każdy dodawany składnik mieszałam z 2-4 minuty, do połączenia składników.

Masę wylewamy na jeden z naszych placków, tak, aby zostawić ok 3-4cm odstępu od krawędzi. Krawędzie te smarujemy przygotowanym wcześniej żóltkiem...

WAŻNE! : Tradycyjnie do ciasta chowa się mały porcelanowy element. W XIX wieku był to bób, który później wymieniono na figurkę Dzieciątka Jezus. Możecie wykorzystać, co tylko chcecie i schować to w jakimkolwiek miejscu w cieście. Teraz jest ten moment, żeby to zrobić, bo potem zapomnicie. W innym przepisie na masę migdałową była łyżka rumu, po który poszedł do sklepu mój chłopak, a ostatecznie wcale jej nie dodałam, bo oglądałam na YouTube inny przepis, który o tym rumie nie wspomniał, także nie zapomnijcie!

...następnie kładziemy drugi placek i dzięki poprzedniej czynności obie części będą mogły się ładnie skleić. Możecie poszaleć ze wzorkami, możecie skleić je jak ciasto na pierogi, widelcem lub palcami.

Na wierzchu ciasta możecie tylną częścią noża wyciąć różne wzory, co będzie bardziej efektowne. Jeśli macie czas, placki można schłodzić na conajmniej godzinę przed wylaniem masy migdałowej. Górę naszego wspaniałego ciasta smarujemy pozostałym żółtkiem. Piecze się łatwo: w 180 stopniach przez 45 minut.

(jeśli się dobrze przyjrzycie, to zobaczycie nasze ledwo widoczne wzorki, bo słabo je nacięliśmy, ale są!)

A teraz ta najfajniejsza część:
Ciasto podaje się z położoną na nim koroną. My naszej nie kładliśmy, bo była zrobiona z korków od wina i była zbyt ciężka ;) Przy konsumpcji najmłodsza osoba musi wejść pod stół...i powiedzieć, kto dostanie jaki kawałek. Nie pytajcie, bo nie mam pojęcia, dlaczego. Teraz to ja jestem najmłodsza, więc ja przejęłam tę robotę ;)


I jak możęcie się domyślić po zdjęciu, królową w tym roku zostałam ja i miałam prawo do jednego życzenia :D
Z tego, co przeczytałam, wynika, że ciasto to pieczone było na dworze królewskim, i jeśli kobieta znalazła kawałek bobu, to zostawała królową Francji na 1 dzień i miała prawo do jednego życzenia spełnianego przez króla. Niestety, Ludwik XIV był tym panem marudą, który psuje zabawę i zakazał tego zwyczaju. W 1711 roku na pewien czas całkowicie zabroniono pieczenia ciasta z powodu głodu, a mąkę przeznaczano tylko do wypieku chleba.

Frangipane dla mnie to bardziej podstawowy krem maślany z dodatkiem migdałów. Chyba następnym razem sprawdzę go w wersji drożdżowej lub z croissantami - spróbujcie! Może następnym razem opiszę coś innego :) Tymczasem trzymajcie się i nie oczekujcie nic więcej, jak kolejnego potworka, jakim nazywam moje ostatnie treści.

Paaaaaaaa

2 września 2019

"...Ziemia się trochę przekręci...

"...Ziemia się trochę przekręci...


...i znowu ujrzymy Słońce"

dzisiaj zaczynam od słów piosenki zespołu happysad, którego kiedyś słuchałam na okrągło
Zabawne jest to, jak piękny dzień potrafi się zmienić przez jedną niepotrzebnie wypowiedzianą myśli, nieprzemyślane zachowanie czy przypadkowe skrzyżowanie ramion

dzień rozpoczęty od śniadania na zewnątrz
Słońce przygrzewa, kawa i sok smakują tak jakoś lepiej, grzanki przyrządzone przez niego

jest to dzień wolny, więc można pojechać gdzieś daleko, w nieznane
a może lepiej wybrać jednak opcję, którą znamy, lubimy i chcielibyśmy tam wrócić
wybieramy to drugie
z tej okazji ubieram długą spódnicę szytą z koła, białą bluzkę, dżinsową kurtkę, niebieskie sandałki
czuję się całkiem dobrze, bo idę po ulicach, które już znam
idę do miejsc, w których ktoś mnie kojarzy
jemy
po posiłku wracamy odłożyć rzeczy
i się zaczęło
nie pamiętam, kto zaczął
czy zmęczenie pojawiające się na jego twarzy,
ramionach, powolnym kroku
czy frustracja, bo chciałam uwiecznić ten piękny dzień i piękny moment, gdy mogliśmy spędzić dzień
tak jak kiedyś

palące łzy pod powiekami
nie chciały dzisiaj się witać

dlaczego płaczesz?
Nie wiem, nie umiem odpowiedzieć, czasem trudno mi zrozumieć, co się dzieje w mojej głowie
dlaczego nic nie mówisz?
Bo wydaje mi się, że już dzisiaj nie powinnam

A jednak Ziemia się przekręciła
odrobinę, kilka stopni
przyszedł czas pogody
czas zgody
czas uśmiechu
czas wyjaśnienia
czas zrozumienia

_________________________________________________________________

Od napisania tego minęło już trochę czasu - wiem, że te teksty mogą być trochę nieoczywiste. Jest to dla mnie zupełnie nowa forma tworzenia i pozwalam sobie w niej na swobodę, piszę tak, jak czuję. Ktoś może powiedzieć, że sporo lamentuję lub przesadzam - dlaczego miałabym ukrywać te emocje pod udawanym uśmiechem, skoro tak się właśnie czuję i pisanie pozwala mi odetchnąć i dać żyć tym właśnie uczuciom?

Zbyt dużo w sobie tłamszę, zbyt wiele myśli i emocji skrywam w sobie, zamiast spróbować znaleźć sposób na ich rozładowanie. Pisanie to właśnie jedna z tych rzeczy.

10 sierpnia 2019

5 angielskich wspomnień

5 angielskich wspomnień

Dzisiaj postanowiłam opublikować post wspomnieniowy. Lubię wracać do zdjęć, które zrobiłam kiedyś i tak mam ze zdjęciami, które powstały rok temu. Nie było ich zbyt dużo, więcej czasu spędzałam bez aparatu. Teraz uwielbiam siedzieć nad zdjęciami, bawić się ich obróbką i próbować nowych rzeczy.

#1 Kew Gardens


Pamiętam, że tamtego dnia miałam dziwną sprzeczkę z Ro - od rana zachowywał się cicho i tłumił w sobie zbyt wiele rzeczy. Nie pamiętam, dlaczego i po co się kłóciliśmy - to wszystko zaprowadziło nas jednak do ogrodów Kew Garden w Londynie. Narodowy ogród botaniczny, w środku znajduje się wiele szklarni i ogrodów, a w nich żyje... około 30 tysięcy gatunków roślin!


A stąd bardzo wyraźnie widać samoloty zmierzające ku lotnisku Heathrow...

#2 Bristol party


W Bristolu spędziłam swoje 21 urodziny. Pamiętam, że poprosiłam o dodatkowe dni wolnego na piątek i sobotę - właśnie w te dni, które spędziłam w mieście. Byłam zła, gdy dowiedziałam, się, że moje stałe dwa dni wolne zostały zamienione na dni, o które poprosiłam, wobec czego pracowałam 10 dni pod rząd. Byłam przemęczona, zdenerwowana i nie mogłam się doczekać dnia swoich urodzin - ustaliłam sobie zasadę, że tego dnia nie chcę pracować, tylko cieszyć się. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz w moje urodziny świeciło słońce - jak zawsze padał deszcz. Ale za to spędziłam piękny wieczór z Ro, odwiedziliśmy kilka knajpek, spotkaliśmy się ze wspólną koleżanką. Następny dzień przywitał nas - jakżeby mogło być inaczej - piękną pogodą.

*zdjęcie z początku posta również jest z Bristolu

#3 Stradford-upon-Avon


W tamtym czasie byłam tak bardzo cool, że nosiłam dwie pary okularów. Stradford jest moim ulubionym miastem - rok temu mówiłam, że gdybym miała wybrać, gdzie chcę zamieszkać w Anglii, to zamieszkałabym właśnie tam. Niestety, Ro razem z Ro pracujemy w Stow-on-the-Wold, które jest zbyt daleko i nie byłoby to zbyt opłacalne, aby się tam przeprowadzić. Za to z naszego małego miasteczka mamy tylko 20 minut samochodem do Stradford, co mnie niezwykle cieszy. Uwielbiam tam wracać - wprawdzie jest to miasto znane z tego, że urodził się tam sam Szekspir i kręci się tam mnóstwo turystów - to jest tam zawsze wszystko, czego akurat potrzebuję. Moim ulubionym miejscem jest Mida, śródziemnomorska knajpka, której właściciel pochodzi z Maroka. Gdy byliśmy tam parę dni temu i zobaczył nas, od razu się przywitał i powiedział, że miło mnie znowu widzieć, a nie byłam tam od 9 miesięcy! 

#4 Hyde Park


W Hyde Parku pierwszy raz znalazłam się w czerwcu - wtedy też po raz pierwszy zobaczyłam Londyn. Upalne lato dopiero się zaczęło. Pojechaliśmy z Ro pociągiem do stolicy Anglii, aby zobaczyć jego rodzinne strony - dzielnicę Chiswick. Pamiętam, że był niesamowicie podekscytowany powrotem w miejsca, które zna tak dobrze i tym, że mam poznać jego siostrę i mamę. Mielismy zostać tylko jeden dzień i wrócić wieczorem pociągiem - podczas kolacji we francuskim wine bar uznaliśmy, że dlaczego by nie zostać jeden dzień dłużej? Przecież następnego dnia i tak nie musieliśmy iść do pracy!


W takim razie, skoro spontanicznie zostaliśmy w Londynie na noc, następny dzień był równie spontaniczny: kupiłam swoje ukochane ukulele, pomarańczowe okulary w sklepie typu vintage, płyty do słuchania w samochodzie, skarpetki czy koszulkę z wieżą Jenga dla Ro. Hyde Park był naszym przystankiem odpoczynku, dalszych rozmyślań i marzeń. To był dopiero początek naszej drogi.

#5 Bath


Bath był spontaniczny. Pobyt króciutki. Wracaliśmy wtedy z moich bristolskich urodzin i po drodze zajechaliśmy tutaj, aby po prostu przejść się po mieście. Najbardziej znane ze swoich rzymskich term, w których płyną wody geotermalne, a niegdyś mieszkała tu Jane Austen. Zrobiło na mnie bardzo duże wrażenie i chciałabym tam kiedyś wrócić na dłużej.


Byliście w którymś z wymienionych przeze mnie miejsc? Które chcielibyście zobaczyć? A może macie jakieś inne ulubione?

// Pat

14 lipca 2019

doświadczać samotności

doświadczać samotności


w tłumie podobno jest najgorzej
gdy otaczają cię ludzie, mnóstwo ludzi, a nie możesz odezwać się do nikogo
ostatnio nadarzyła się okazja, aby poznać całkiem sporo ludzi
i o nich też słyszałam całkiem sporo
całkiem sporo dobrych rzeczy
niektórych z nich nawet już raz spotkałam
i ci ludzie mają świadomość, że istnieję

a więc
nadchodzi ten dzień wyznaczony,
oczekiwany,
jestem nastawiona pozytywnie, starannie wybieram strój
(w końcu liczy się dobre pierwsze wrażenie, dla niektórych może i trzecie)

niestety, okazuje się, że
ten tłum jest zbyt duży
więcej imion nie pamiętam
i serdecznie przepraszam,
ale nie powiem już dzisiaj nic

Z mojego gardła nie wydobywa się żaden dźwięk,
a jeśli już, to taki krótki,
urwany, chrapliwy
zbyt cichy, by poza nim ktoś jeszcze mógł go usłyszeć

to ten moment, gdy zamknęłam się w sobie
i nie potrafię się zmusić, udawać, że tak naprawde jestem o wiele bardziej towarzyska niż to właśnie się odbywa
otwieram oczy szeroko, bardzo szeroko
żeby nie widzieli, jak bardzo tego dnia chciało mi się płakać
w mojej głowie rozbrzmiewa pustka
a ja nie mam się do kogo odezwać
czuję się obca, nijaka
nie na miejscu
nie tutaj
odbywam w swojej głowie dziwaczną rozmowę

czuję się tak przynajmniej raz w roku
a potem zapominam, że
ta dawna cześć mnie istnieje,
dopóki sama o sobie nie przypomni

__________________________________________________________

Parę słów ode mnie - treści, które chciałabym tutaj co jakiś czas publikować będą różne. Może powinnam to sprecyzować w pierwszym poście i mimo, że bloguję już X lat, to nadal się tego wszystkiego uczę, bo jednak sporo się w tym wszystkim pozmieniało.

W tym pisaniu daję sobie pewną swobodę, dlatego może to wyglądać czasem jak biały wiersz, a czasem jak konkretny wpis z notatnika podróżniczego - mam już mniej więcej taki jeden wpis przygotowany. I myślę, że będzie ich więcej.

Chcę pisać o tym, co mnie interesuje i o czym myślę. Próbować różnych form literackich. I długo zastanawiałam się, czy publikować posty, które napisałam czując się źle, ale doszłam do wniosku, że dzielenie się z Wami czymś o smutnym charakterze jest ważne, bo taka jest też ludzka natura - nie jesteśmy jak idealne zdjęcie z instagrama, zawsze w dobrym świetle, z uśmiechem na twarzy. Tego właśnie się teraz uczę - akceptować to, że te emocje jednak się pojawiaja i nauczyć się sobie z nimi radzić. Nawet w formie wpisu na blogu- w końcu z bezradności, smutku czy rozpaczy powstały najpiękniejsze wiersze...

5 lipca 2019

początki nie zawsze są łatwe

początki nie zawsze są łatwe

Denerwuje mnie wiele rzeczy, na które nie mogę mieć wpływu. Nie przyspieszę też czasu - mogę jedynie starać się w dobry sposób wykorzystywać ten, którego mam aż zbyt dużo.

Przeprowadziłam się do Anglii na stałe.
Mam wrażenie, że obecna pogoda odzwierciedla mój humor - raz promienie słońca, będące promykami dające nadzieję na coś nowego, fajnego, ciekawego
by za chwilę zjawił się nikczemny wiatr i przyniósł ze sobą szereg szarych chmur, które chcą mi to wszystko przykryć.

Mieszkałam tu w zeszłym roku przez prawie 6 miesiecy - odbywałam staż w restauracji. Ale wtedy wiedziałam, że wrócę do domu, bo trzeba dokończyć studia. Zawsze tak było - wyjeżdżałam i wracałam. Wiedziałam, że wrócę. A teraz studia skończyłam i przyjechałam (a może teraz tu wróciłam?) za swoją miłością...

i znowu muszę uczyć się cierpliwości.
A ja chcę już! Teraz! Chcę mieć już to, na co czekałam!
Przecież czekałam. Cały czas, odkąd stąd wyjechałam 8 miesięcy temu.
8 miesięcy, w których skład wchodzą złe sny, stres, oceny, pisanie pracy licencjackiej, oczekiwania, złości na coś, czego nie mogę zmienić



Ale dobre momenty też się pojawiały.
Gdy byliśmy razem,
obok siebie,
dosłownie,
na wyciągnięcie ręki,
mrugnięcie oka,
wzruszenie ramion,

a nie na ekranie telefonu.

Przetrwałam wtedy sama ze sobą - jak przetrwać teraz te dni, gdy pragnę dokonać autodestrukcji i nie potrafię wytrzymać sama ze sobą? Czy on też wtedy ze mną będzie potrafił wytrzymać? Do tej pory mógł tylko przeczytać, jaki miałam zły dzień, źle się czułam, znowu przespałam cały dzień, albo płakałam. Czy będzie w stanie czasem właśnie taką mnie oglądac?

To wszystko powstało na ławce w małym miasteczku, nabazgrane w zeszycie. Tak właśnie chcę, żeby te posty powstawały - napisane pospiesznie, ale też leniwie, chaotycznie, ale przemyślanie, wyważone, ale z emocjami. Kontekst powstania tego był prosty: musiałam wyjść, bo tak. Pospacerować. Poukładać myśli, słowa, zachwycić się prostą architekturą miasteczka, w którym właśnie przyszło mi mieszkać. Pooddychać. I z całej tej plątaniny słów powróciła dawna iskierka i chęć, by to wszytko spisać i publikować. Jak dawniej.

Wiecie co - to miasteczko bardzo mi się podoba. Przytulne, kolorystycznie wręcz prawidłowe, dopasowane. Patrzę przez okno i dostrzegam gwiazdy - chociaż wokoło tyle domków i mieszkań. Tak jakbym jednak w tym miasteczku nie była.

Trochę mi to zajmie
ale chciałabym się tu odnaleźć


Copyright © 2016 myśli nabazgrane , Blogger